Są sytuacje, które człowiek uchwytuje instynktem, nie mogąc ich ogarnąć rozumem; wówczas największym poetą staje się ten, którego krzyk będzie najnaturalniejszy i najgwałtowniejszy. Tłum czyta w tym głosie całą opowieść — i ma rację, że się tym zadowala, a jeszcze bardziej ma rację, gdy uważa go za wzniosły, kiedy jest szczery.
A zresztą, trudno byłoby oddać osłupienie, w jakim Villefort opuszczał Pałac Sprawiedliwości, lub też odmalować cierpienie, jakie przeszywało nieznośnie całe jego ciało.
Powlókł się korytarzami, nie patrząc na drogę; prowadziło go tylko przyzwyczajenie. Zrzucił togę, nie dlatego, że mu tak wypadało — dlatego, że ciążyła mu tylko zbytecznie na ramionach, i parzyła niczym koszula Dejaniry.
Chwiejnym krokiem dotarł na dziedziniec Dauphine, gdzie stał jego powóz. Otwierając drzwiczki, obudził stangreta, rzucił się na poduszki, wskazując ręką kierunek: Przedmieście Saint-Honoré.
Powóz ruszył.
Znów przygniótł go ciężar katastrofy, jaka go spotkała; ten ciężar przytłaczał mu myśli, nie był zdolny nawet zastanowić się nad konsekwencjami tej katastrofy. Przeczuwał je tylko, ale nie odwoływał się do kodeksu, który tak dobrze znał, nie obliczał, jak wyrachowany zbrodniarz, jaka spotka go kara.
W sercu miał Boga.
— Bóg! — szeptał, sam nie wiedząc, co mówi. — Bóg! Bóg!
Zdawało mu się, że za tą katastrofą stał jedynie Bóg.
Powóz pędził szybko. Villefort, podskakując na poduszkach, poczuł, że coś go uwiera. Sięgnął po ów przedmiot: był to wachlarz, którego pani de Villefort zapomniała w powozie; wsunął się między poduszki a oparcie. Wachlarz ten obudził w nim wspomnienie, a wspomnienie to zabłysło jak płomień w czarną noc.