— Tak! — powtarzał sobie Villefort, w miarę jak zbliżali się do domu — tak, ona musi żyć, będzie pokutowała i wychowywała syna; biedne dziecko! Tylko ono i ten niezniszczalny starzec przetrwali tę klęskę naszej rodziny. Kochała je, to dla niego popełniła tyle zbrodni. Nigdy nie można raz na zawsze położyć kreski na matce, która kocha swoje dziecko. Będzie pokutować, nikt się nie dowie, że jest winowajczynią. Ludzie mówią już o tych zbrodniach u nas, ale z czasem zapomną... A jeżeli przypomną sobie o nich moi wrogowie, wezmę je na siebie. Jedna więcej, jedna mniej — nie ma znaczenia. Żona ucieknie, zabierze złoto, a przede wszystkim Edwardka — daleko od przepaści, w którą runę, a zdaje mi się, że wraz ze mną i cały świat. Będzie żyła, będzie jeszcze szczęśliwa, bo cała jej miłość koncentruje się w tym dziecku, a ono jej nie opuści. To będzie mój dobry uczynek. Od razu mi lżej.
I prokurator odetchnął po raz pierwszy swobodnie.
Powóz stanął na dziedzińcu, Villefort jednym susem znalazł się na ganku. Służący zdumieli się, że wrócił tak szybko. Nic więcej nie wyczytał z ich twarzy. Nikt nie wyrzekł doń ani słowa, przepuścili go tylko jak zwykle z uszanowaniem — i to wszystko.
Przechodząc koło pokoju Noirtiera, spostrzegł przez niedomknięte drzwi dwa cienie, ale nie zaciekawiło go to — niepokój gnał go dalej.
— No — rzekł do siebie, wchodząc po schodkach prowadzących do apartamentów żony i pustego pokoju Valentine — nic się nie zmieniło.
I przede wszystkim zamknął drzwi dzielące schody od piętra.
— Nikt nam nie może przeszkodzić — rzekł. — Muszę z nią pomówić swobodnie, oskarżyć się przed nią i wszystko wyznać...
Podszedł do drzwi, przekręcił kryształową kulę służącą za klamkę — drzwi ustąpiły.
— Niezamknięte! Ha, to dobrze, to bardzo dobrze! — mruknął.
Wszedł do saloniku, w którym co wieczór ustawiano dla Edwardka łóżko; chociaż uczył się na pensji, wracał na noc do domu, matka bowiem nie chciała się z nim rozstawać.