— Edwardku! Edwardku!

Krzyczał tak przeraźliwie, że nadbiegła służba.

— Mój syn! Gdzie mój syn? — pytał Villefort. — Zabierzcie go z domu, żeby nie zobaczył...

— Panicza nie ma na dole — odparł lokaj.

— Na pewno bawi się w ogrodzie. Idźcie po niego, idźcie!

— Nie, proszę jaśnie pana. Jaśnie pani zawołała go do siebie będzie pół godziny temu. Panicz poszedł do jaśnie pani i już nie schodził na dół.

Zimny pot zrosił Villefortowi czoło, zachwiały się pod nim nogi. Myśli wirowały mu w głowie niczym trybiki zepsutego zegarka.

— Do jaśnie pani!... Do jaśnie pani!... — szeptał.

I zawrócił powoli, jedną ręką ocierając pot, drugą opierając się o ścianę.

W pokoju znowu zobaczy trupa swojej nieszczęsnej żony. Wołając Edwarda, obudzi w tym pokoju echo; jego głos sprofanuje ciszę pokoju, który jest jej grobem.