Ale choć w głosie jego dźwięczał rozkaz, drzwi się nie otworzyły.
Wyważył je jednym kopnięciem. U wejścia do buduaru stała pani de Villefort. Była blada, miała ściągniętą twarz; spoglądała na niego nieruchomym wzrokiem.
— Heloizo! Heloizo! Co ci jest? Powiedz.
Kobieta wyciągnęła ku niemu zesztywniałą, posiniałą rękę.
— Stało się, mężu — rzekła, a rzężenie zdawało się rozrywać jej krtań. — Czego jeszcze ode mnie chcesz?
I osunęła się na podłogę.
Villefort podbiegł do niej i chwycił ją za dłoń. Dłoń ściskała konwulsyjnie flakonik ze złotym koreczkiem. Pani de Villefort już nie żyła.
Villefort, zmartwiały ze zgrozy, cofnął się aż na próg, wlepiając wzrok w trupa.
— Mój syn! — krzyknął nagle. — Gdzie mój syn? Edwardku! Edwardku!
I wybiegł z pokoju, krzycząc: