Przycisnął usta do jego policzka — policzki były sine i lodowate. Obmacał zesztywniałe ręce i nogi. Przyłożył dłoń do serca — serce przestało już bić.

Edwardek nie żył.

Z piersi Edwardka zsunęła się jakaś kartka złożona w czworo, Villefort, jak rażony gromem, upadł na kolana. Dziecko wypadło mu z rąk i potoczyło się ku zwłokom matki.

Villefort podniósł papier, poznał pismo żony i chciwie przebiegł list wzrokiem.

Oto, co zawierał:

Wiesz, że byłam dobrą matką, skoro dla syna dopuściłam się zbrodni.

Dobra matka nigdy nie rozstaje się ze swoim synem.

Villefort nie wierzył własnym oczom, Villefort sądził, że traci zmysły. Powlókł się ku zwłokom Edwardka i zbadał je jeszcze raz, tak pilnie, jak lwica patrzy na swoje martwe lwiątko. I z piersi wyrwał mu się rozdzierający krzyk:

— Bóg! Ciągle Bóg!...

Te dwie ofiary przerażały go, nie mógł dłużej wytrzymać w tym pustym pokoju, przy tych trupach.