Villefort pochylił głowę, przygnieciony boleścią. Podniósł się na kolana i wstrząsnął głową, aby odrzucić włosy wilgotne od potu. I on, który nigdy nie miał dla nikogo litości, poszedł do ojca, aby móc w porywie słabości opowiedzieć komuś o swoim nieszczęściu i mieć przed kim zapłakać.

Zszedł po znanych nam schodach.

Gdy wszedł, Noirtier słuchał uważnie i — zdało się — serdecznie słów księdza Busoniego, jak zawsze spokojnego i zimnego.

Spostrzegłszy księdza, Villefort uniósł rękę do czoła. Przeszłość stanęła mu przed oczyma, napływając jak fala spieniona gniewem. Przypomniał sobie swoją wizytę u księdza, na drugi dzień po obiedzie w Auteuil — i wizytę, jaką złożył w ich domu ksiądz po śmierci Valentine.

— Ksiądz tutaj! — rzekł. — Czy ksiądz zawsze przychodzi razem ze śmiercią?

Busoni wstał. Widząc zmienione rysy prokuratora, dziko błyszczące oczy, domyślił się, że zapewne scena w sądzie już się odbyła. Ale nic więcej nie wiedział.

— Przyszedłem tu wtedy pomodlić się za pańską córkę — odpowiedział.

— A dziś?

— Przychodzę powiedzieć panu, że zapłaciłeś mi już swój dług i że od tej chwili zacznę prosić Boga, aby jak i ja poprzestał na tym.

— Boże! — zawołał Villefort, cofając się nagle z trwogą. — Ten głos, to nie jest głos księdza Busoniego!