Chciał pobiec za Monte Christo, lecz niczym we śnie poczuł, że nogi wrastają mu w podłogę, źrenice gwałtownie rozszerzają się, palce wczepione w skórę na piersi zaciskają się coraz mocniej, aż krew barwić zaczyna paznokcie; żyły w skroni wezbrały mu od wrzących myśli, które rwały się dalej, pod zbyt ciasne sklepienie czaszki, by tam ogarnąć jego umysł palącym ogniem.

Stał jak porażony kilka minut, póki straszliwy wstrząs w jego umyśle nie stał się faktem. A wówczas krzyknął przeraźliwie, zaśmiał się dziko — i rzucił się na schody.

Kwadrans później drzwi pokoju Valentine otwarły się i wyszedł z nich hrabia de Monte Christo. Jego twarz była blada, wyraz oczu posępny, oddech ciężki — wszystko zdradzało niewymowną boleść. Trzymał w ramionach dziecko, któremu nie był już w stanie przywrócić życia. Przyklęknął i uroczyście położył dziecko obok matki, opierając jego główkę na jej piersi.

Następnie podniósł się i wyszedł. Spotkawszy na schodach służącego, zapytał:

— Gdzie jest pan de Villefort?

Ów wyciągnął rękę i bez słowa wskazał mu ogród.

Monte Christo zszedł na dół, ruszył we wskazanym kierunku. Villefort, otoczony służbą, wściekle kopał łopatą ziemię.

— Nie, to nie tu — mówił sam do siebie. — Tutaj też nie!

I zaczynał kopać obok.

Monte Christo zbliżył się do niego i cichym, niemal błagalnym tonem rzekł do niego: