— Straciłeś pan syna, ale...

Villefort nie dał mu skończyć. W ogóle nie chciał słuchać.

— Znajdę go.... Mówcie sobie, co chcecie, wiem, że on tu jest... I znajdę go, choćbym miał szukać do sądnego dnia!

Monte Christo cofnął się wstrząśnięty.

— Oszalał!

I jakby obawiając się, że mury tego przeklętego domu zawalą się na niego, wypadł na ulicę, zwątpiwszy po raz pierwszy, czy miał prawo zrobić, to co zrobił.

— Dosyć! Dosyć już tego. Ocalmy przynajmniej ostatniego.

Wracając do siebie, Monte Christo natrafił na Morrela. Milczący jak cień, który czeka tylko znaku Boga, by powrócić do grobu, krążył bez celu wokół pałacu przy polach Elizejskich.

— Maksymilianie, przygotuj się — rzekł hrabia. — Jutro wyjeżdżamy z Paryża.

— Więc nie masz pan już tutaj nic więcej do zrobienia? — spytał Morrel.