— Nie — odpowiedział Monte Christo. — I daj Boże, bom i tak zrobił już za wiele.

111. Odjazd

Ostatnie wydarzenia zajmowały cały Paryż.

Emanuel z żoną roztrząsali w swoim saloniku z zupełnie zrozumiałym zdziwieniem owe trzy katastrofy, które równie nagle, co nieoczekiwanie spadły na panów Morcerfa, Danglarsa i Villeforta. Maksymilian, który właśnie przebywał u nich z wizytą, słuchał ich rozmowy lub raczej tylko biernie przy niej towarzyszył. Nic nie było w stanie wyrwać go z martwej obojętności, w której od dłuższego już czasu był pogrążony.

— Nie masz wrażenia Emanuelu — rzekła Julia — że wszyscy ci bogaci ludzie, jeszcze wczoraj tak szczęśliwi, w założeniach, na jakich oparli całą swoją fortunę, pomyślność i poważanie, zapomnieli uwzględnić jakiegoś geniusza zła, który teraz, niczym zła wróżka z bajek Perraulta, nieopatrznie niezaproszona na ślub lub chrzciny, zjawia się, by zemścić się za owe fatalne przeoczenie?

— Ile katastrof! — ozwał się Emanuel, mając na uwadze Morcerfa i Danglarsa.

— Ile cierpienia! — dodała Julia, myśląc o Valentine, której imienia, kierowana kobiecym instynktem, wolała nie wymawiać przy bracie.

— Jeśli rzeczywiście dotknęła ich ręka boska — rzekł Emmanuel — znaczy to, że Bóg, który jest najwyższą dobrocią, nie znalazł w ich przeszłości nic, co mogłoby im wyjednać złagodzenie kary. Widocznie byli już potępieni.

— Czy nie jesteś przypadkiem zbyt pochopny w swych sądach? Gdyby ktoś, widząc mojego ojca z pistoletem w ręku, gotowego się zastrzelić, stwierdził, jak ty teraz: „Widocznie ten człowiek zasłużył sobie na karę”, czy nie pomyliłby się grubo?

— Masz rację, ale Bóg nie dopuścił, by twój ojciec poddał się temu pragnieniu, tak jak nie pozwolił, by Abraham złożył syna w ofierze. W obu tych przypadkach zesłał anioła, by ten podciął skrzydła śmierci i zatrzymał ją.