— Zanim jeszcze odjedziecie — rzekła Julia — proszę pozwolić, panie hrabio, że powiem wszystko, co wówczas...

— Łaskawa pani — odpowiedział hrabia, biorąc jej ręce. — Cokolwiek mogłabyś mi powiedzieć, nie będzie nigdy tak wymowne jak to, co czytam w pani oczach, co czuje pani serce, a co moje. Powinienem zapewne postąpić tak jak dobroczyńcy w powieściach: odjechać bez pożegnania. Ale taka wielkoduszność byłaby ponad moje siły — jestem człowiekiem słabym i próżnym. Wzruszenie i radość w oczach moich bliskich sprawiają, że mnie również jest dobrze. A teraz wyjeżdżam i taki ze mnie egoista, że powiem wam: nie zapominajcie o mnie, przyjaciele, bo najprawdopodobniej nigdy się już nie zobaczymy.

— Jak to, nigdy? — zawołał Emanuel; po policzkach Julii potoczyły się dwie wielkie łzy. — Mamy już nigdy się nie spotkać? Czyli nie jesteś pan człowiekiem, lecz Bogiem, który zagościł na ziemi tylko na krótką chwilę, by czynić dobro, a teraz wraca do nieba!

— Nie mówcie tak o mnie — rzekł żywo Monte Christo. — Proszę, nigdy tak nie mówcie. Bogowie nigdy nie wyrządzają zła, zatrzymują się tam, gdzie chcą się zatrzymać. Przypadek nie jest silniejszy od ich woli, to oni nim rozporządzają.

Przyciskając do ust rękę Julii, która padła mu w objęcia, drugą rękę podał Emanuelowi. Następnie, wyrywając się siłą niemal z tego domu, istnej oazy szczęścia, wyszedł, dając znak Maksymilianowi, który usłuchał biernie i obojętnie — jak przyjmował wszystko od śmierci Valentine.

— Przywróć szczęście i radość mojemu bratu! — szepnęła Julia na ucho hrabiemu.

Monte Christo uścisnął jej dłoń tak, jak zrobił to jedenaście lat wcześniej na schodach prowadzących do gabinetu Morrela.

— Czy ufasz pani ciągle Sindbadowi Żeglarzowi? — zapytał z uśmiechem.

— Tak!

— Dobrze więc, śpij spokojnie i miej ufność w Panu!