Jak już powiedzieliśmy, powóz już czekał przed bramą. Cztery tęgie konie wstrząsały grzywami i niecierpliwie stukały kopytami w bruk.
Przed schodami czekał Ali. Na jego twarzy perlił się gęsty pot, jakby właśnie przybiegł z daleka.
— I jak? — zapytał go hrabia po arabsku. — Zastałeś starca?
Ali potwierdził skinieniem głowy.
— Pokazałeś mu list, tak jak ci przykazałem?
— Tak — i niewolnik skinął z szacunkiem głową.
— A on, co na to?
Ali stanął w świetle, tak by hrabia mógł go dobrze widzieć i zamknął oczy, jak zwykł to robić Noirtier, gdy chciał powiedzieć: tak.
— Więc zgadza się — rzekł Monte Christo. — Dobrze, możemy jechać.
Ledwie padły te słowa, a powóz już się toczył; konie ruszyły galopem, krzesząc na bruku skry. Maksymilian usiadł w kącie, ani jedno słowo nie padło z jego ust.