— Gdybym wiedział, że to w Paryżu czeka na ciebie szczęście, nie proponowałbym ci wyjazdu.

— Tutaj spoczywa Valentine, wyjechać stąd, to jak stracić ją po raz drugi.

— Maksymilianie — rzekł hrabia — przyjaciele, których utraciliśmy, nie spoczywają w ziemi. Ich miejsce jest w naszym sercu. Bóg urządził to w ten sposób, by nigdy już nas nie opuścili. Ja na przykład mam dwóch przyjaciół, którzy nieustannie są przy mnie: jeden dał mi życie, drugi nauczył myśleć. Duch obu żyje we mnie.

— Przyjacielu, serce powiada mi smutnym głosem, że nie czeka mnie już nic prócz nieszczęścia.

— Gdy osłabł w kimś duch, ów ktoś widzi wszystko w żałobnych kolorach. Każda dusza wykreśla sobie własne horyzonty, a że twoja jest posępna, widzi nad sobą tylko czarne, burzliwe niebo.

— Być może to prawda — rzekł Maksymilian.

I zamyślił się ponownie.

Podróż odbywała się z nadzwyczajną szybkością — to prędkość między innymi stanowiła o potędze hrabiego. Rano dotarli do Châlons, gdzie czekał już parowy statek hrabiego. Nie tracąc ani chwili, przetransportowano powóz na pokład. Podróżni znajdowali się już na statku.

Statek niczym indiańska piroga był stworzony do rozwijania dużych prędkości. Jego dwa koła przypominały skrzydła, którymi ciął wodę lekko jak wędrowny ptak przestworza. Szybkość upoiła nawet Morrela.

Hrabia natomiast, im byli dalej od Paryża, nabierał coraz większej pogody ducha. Patrząc na niego, można by powiedzieć, że to wygnaniec, co powraca do ojczyzny.