A oto i stanęła przed ich oczami Marsylia, biała, łagodna, pełna życia. Marsylia, młodsza siostra Tyru i Kartaginy i ich następczyni w panowaniu nad Morzem Śródziemnym; Marsylia, z upływem czasu coraz młodsza. Widok ten wywołał mnóstwo wspomnień w obu podróżnikach: okrągła wieża, fort Świętego Mikołaja, ratusz projektu Pugeta i sam port o ceglanym nadbrzeżu, gdzie bawili się w dzieciństwie.
Za obopólną zgodą zatrzymali się na ulicy Cannebière.
Jakiś statek wypływał właśnie do Algieru. Paczki, podróżni tłoczący się na pokładzie, rodzice, przyjaciele, którzy ich żegnają, niektórzy krzyczą, inni płaczą, całe to widowisko, poruszające nawet dla tych, którzy oglądają go codziennie, nie było w stanie odwrócić myśli Maksymiliana od jednego wspomnienia. Uderzyło go to, gdy tylko postawił stopę na płytach nabrzeża.
— Panie hrabio — rzekł, ujmując Monte Christa pod ramię — w tym miejscu stał mój ojciec, gdy „Faraon” wpływał do portu. To tutaj ów dzielny człowiek, którego ocaliłeś od śmierci i hańby, przywitał mnie, biorąc w swoje ramiona. Jeszcze dziś pamiętam, jak jego łzy spływały mi na twarz. Nie płakał zresztą sam, wiele osób miało łzy w oczach na nasz widok.
Monte Christo uśmiechnął się.
— Ja zaś stałem tam — rzekł, wskazując Morrelowi zakręt uliczki.
Gdy to mówił, z kierunku, który wskazywał, dobiegł ich bolesny jęk. Stała tam kobieta, machając do jednego z pasażerów. Twarz kobiety zasłaniała woalka.
Monte Christo spojrzał na nią wyraźnie poruszony; gdyby Morrel nie obserwował właśnie statku, z pewnością zauważyłby to jego wzruszenie.
— Na Boga! — zawołał Morrel. — Nie, nie mylę się. Mężczyzna na statku, ten, co właśnie pozdrawia kogoś kapeluszem, ten w mundurze, to przecież Albert de Morcerf!
— Zgadza się — rzekł Monte Christo. — Rozpoznałem go.