Hrabia podniósł wzrok i zatrzymał go na Mercedes, która wyciągnęła do niego ręce.
— Tak, spójrz na mnie — rzekła, a w jej głosie dało się wyczuć głęboką melancholię. Moje oczy utraciły dawny blask. Minął już czas, gdy przychodziłam tutaj i uśmiechałam się do Edmunda Dantèsa, który wypatrywał mnie z okienka mansardy... Wiele bolesnych dni dzieli nas od tamtych czasów... Między osobą, którą byłam wówczas, a tą, którą masz przed sobą teraz, jest przepaść nie do przebycia. Nie mogłabym cię ani oskarżać, ani nienawidzić. To siebie oskarżam i nienawidzę. Jakaż jestem nikczemna — zawołała, załamując ręce i wznosząc oczy ku niebu. — I słusznie poniosłam karę. Miałam to wszystko, co mają tylko aniołowie: wiarę, niewinność i miłość, a mimo to zwątpiłam w Boga.
Monte Christo zbliżył się do niej i w milczeniu podał jej rękę.
— Nie — rzekła, cofając łagodnie swoją dłoń. — Nie, mój przyjacielu, nie dotykaj mnie. Oszczędziłeś mnie, a przecież ze wszystkich osób, na które spadł twój cios, to ja byłam najbardziej winna. Oni wszyscy kierowali się nienawiścią, żądzą, egoizmem. Tylko ja stchórzyłam. Oni pragnęli, ja się bałam. Nie, nie ściskaj mojej ręki. Wiem, że szukasz jakiegoś czułego słowa, na próżno. Zachowaj je dla innej kobiety, bo ja już nie jestem godna, by je usłyszeć. Popatrz — tu odkryła całkiem swoją twarz — popatrz, od nieszczęścia posiwiały mi włosy. Wylałam tyle łez, że pod oczyma mam fioletowe sińce. A ty, Edmundzie, jesteś ciągle młody, piękny i dumny. Zachowałeś wiarę i siłę, i ufność w Bogu — i On ci dopomógł. Ja byłam słaba i zaparłam się Go. Opuścił mnie i widzisz, co się ze mną stało.
Mercedes zalała się łzami. Jej serce nie wytrzymało ciężaru wspomnień.
Monte Christo ujął jej dłoń i z szacunkiem ucałował. Ona sama poczuła, że pocałunek ten pozbawiony był namiętności. Z takim nabożeństwem całuje się kamienną dłoń świętych posągów.
— Los niektórych ludzi jest z góry przesądzony — podjęła Mercedes — wystarczy jeden fałszywy krok, by cała przyszłość w proch się rozsypała. Sądziłam, że umarłeś. I powinnam była też umrzeć. Na co zdało się, że w sercu zawsze nosiłam żałobę po tobie? Mam trzydzieści dziewięć lat, a czuję się jak kobieta pięćdziesięcioletnia. I czemu, skoro tylko ja cię rozpoznałam, ocaliłam jedynie syna? Czyż nie powinnam była ocalić również życia tamtemu człowiekowi? Choćby nie wiem jak winny, był moim mężem. A jednak pozwoliłam mu umrzeć... Co mówię! Przecież sama przyczyniłam się do jego śmierci, okazując mu tchórzliwą nieczułość, gardząc nim, nie chcąc pamiętać, że to dla mnie został zdrajcą i krzywoprzysięzcą. I po cóż przyjechałam aż tutaj za synem, skoro pozwoliłam, by wyjechał? Skoro oddaję go na pastwę tej żądnej krwi afrykańskiej ziemi? Tak, byłam tchórzem, wyrzekłam się miłości i jak wszyscy zaprzańcy, przynoszę moim bliskim jedynie nieszczęście.
— Nie, Mercedes, nie — rzekł Monte Christo. — Zbyt surowo się oceniasz. Jesteś szlachetną i pobożną kobietą. Twój ból wytrącił mi broń z ręki. Ale za mną stał Bóg, rozgniewany, niedostrzegalny i nieznany. Byłem jedynie jego wysłannikiem; a on nie chciał powstrzymać ciosu, który wymierzyłem. Klnę się na tego Boga, przed którym od dziesięciu lat zginam kolana, że całe moje życie złożyłem w ofierze dla ciebie. A z życiem i wszystkie plany na przyszłość. Ale — i mówię o tym z dumą, Mercedes — Bóg potrzebował mnie i przeżyłem. Przyjrzyj się przeszłości, popatrz na teraźniejszość, spróbuj przeniknąć przyszłość i powiedz sama, czy nie byłem narzędziem w ręku Boga? Najstraszliwsze nieszczęścia, najokrutniejsze cierpienia, zdrada ze strony tych, którzy mnie kochali, prześladowania — taki był pierwszy etap mojego życia. Ale nagle los się odwrócił i po więzieniu, samotności, nędzy — świeże powietrze, wolność i fortuna, tak świetna, ogromna i cudowna, że byłbym ślepcem, gdybym nie pomyślał, że Bóg przeznaczył mnie do wielkich celów.
Odtąd zacząłem myśleć o własnym losie jak o boskim posłannictwie. Ani jednej myśli nie poświęciłem już życiu, którego uroki ty, pani, czasem kosztowałaś... Nie zaznałem ani godziny spokoju. Byłem jak ognista chmura, którą Bóg zsyła na przeklęte miasta. Jak żądni przygód żeglarze; którzy ruszają w niebezpieczną podróż, przygotowywałem zapasy, ładowałem broń, opracowywałem strategie obrony i ataku, poddawałem ciało najtrudniejszym próbom i ćwiczeniom, przyzwyczajałem serce do najcięższych prób, uczyłem ramię zabijania i nakazywałem ustom, by się uśmiechały, gdy oczy patrzyły na najstraszliwsze sceny. Z człowieka dobrego, ufnego, łatwo przebaczającego stałem się mściwy, skryty, perfidny lub raczej nieugięty jak głuche i ślepe fatum. Wówczas ruszyłem w drogę, przekroczyłem granice czasu i przestrzeni, dotarłem do samego końca i biada tym, których napotkałem w podróży.
— Dosyć — przerwała Mercedes. — Dosyć, Edmundzie! Wierz mi, tylko ja mogłam cię rozpoznać i tylko ja mogłam cię zrozumieć. Edmundzie, nawet gdybyś spotkał mnie na tej drodze, gdybyś zniszczył mnie bez wahania, i tak musiałabym cię wielbić! Powiedziałam ci, że między osobą, którą jestem teraz, i tą, którą byłam kiedyś, istnieje przepaść. Ta sama przepaść dzieli ciebie od innych ludzi. I najgorszą męką jest dla mnie to właśnie porównanie, bo nie znam nikogo, kto mógłby się z tobą mierzyć i kto by cię choć trochę przypominał. A teraz pożegnaj mnie... i rozstańmy się.