I zbliżył pochodnię do muru.

— Rzeczywiście — rzekł hrabia głosem przytłumionym z wzruszenia.

— No i obaj więźniowie mogli się widywać. Jak długo to trwało? Także nie wiadomo. Pewnego jednak dnia staruszek zachorował i umarł. Zgadnij pan, co zrobił młodszy?

— Powiedzcie.

— Przeniósł trupa do własnej celi, położył go w łóżku twarzą do ściany, sam zaś wrócił do pustej celi, zakrył dziurę i wsunął się do worka, przeznaczonego dla zmarłego. No i co, słyszał pan kiedyś o czymś podobnym?

Monte Christo przymknął oczy i raz jeszcze poczuł wszystko to, czego doświadczył, gdy jego twarz zetknęła się z szorstkim płótnem, przenikniętym zimnem trupa. Odźwierny mówił dalej.

— A zamiar miał taki. Sądził, że w zamku If umarłych się grzebie w ziemi. Dobrze się domyślał, że nikt by się nie wykosztowywał na trumnę dla więźnia i liczył, że uda mu się własnymi rękoma odwalić ziemię. Na nieszczęście w twierdzy istniał obyczaj, który uniemożliwił mu wykonanie tego zamiaru. Umarłych nikt tu nie grzebał. Przywiązywali im po prostu kulę do nóg i wrzucali do morza. I tak też się stało. Naszego więźnia wrzucono z krużganka do wody. Nazajutrz znaleziono prawdziwego trupa i wszystko się wydało — bo grabarze wyznali to, czego wpierw nie śmieli powiedzieć: że gdy wyrzucili zwłoki, usłyszeli przeraźliwy krzyk, zaraz potem zduszony przez fale, które pochłonęły więźnia.

Hrabia westchnął ciężko; z czoła spływał mu pot, serce ściskał mu ból.

— Tak — szepnął do siebie — tak, te wątpliwości, które czułem, były tylko początkiem zapomnienia, ale tutaj serce znów zaczyna krwawić, znów zaczyna łaknąć zemsty. I co, nigdy potem — zapytał głośno — nie słyszeliście już o tym więźniu?

— E, nie. Rozumiesz pan, jedno z dwojga: albo spadł na płask, a że leciał z wysokości pięćdziesięciu stóp, to i zabił się od razu...