— Mówiliście, że przywiązano mu do nóg kulę, a więc powinien był lecieć pionowo.

— Albo też upadł właśnie nogami w dół, a wtedy ciężar pociągnął go na dno i tam spoczął na wieki, biedaczek...

— Żal wam go?

— A tak, chociaż wrócił w swój żywioł. Chodziły pogłoski, że ten biedak był niegdyś oficerem marynarki, a uwięziono go za bonapartyzm.

— O, prawdo — szepnął hrabia. — Bóg cię stworzył, abyś ulatywała ponad fale i płomienie. Tak więc biedny marynarz żyje jeszcze w pamięci kilku gawędziarzy; powtarzają jego straszliwą historię wieczorem przy kominku i dreszcz przejmuje słuchaczy w chwili, gdy nieszczęsny spada w dół i zakrywają go fale. A nie wiadomo, jak się nazywał? — zapytał głośno.

— E, skąd byśmy to mieli wiedzieć — odparł odźwierny. — Znaliśmy go tylko jako numer trzydzieści cztery.

— Villefort! Villefort! — wyszeptał Monte Christo. — Musiałeś to sobie nieraz powtarzać, gdy moje widmo niepokoiło cię w bezsenne noce.

— Jaśnie pan chciałby jeszcze odwiedzić inne lochy? — zapytał odźwierny.

— O tak, zwłaszcza jeśli pokażecie mi celę tego biednego księdza.

— A, numer dwadzieścia siedem?