— O, tak! — zawołał. — To jedyna modlitwa, jaką odmawiałem pod koniec. Już nie błagałem o wolność, błagałem o pamięć, bałem się, żeby nie oszaleć i nie zapomnieć. Boże, zachowałeś mi pamięć — i zapamiętałem. Dzięki ci, dzięki ci, Boże!
W tejże chwili na murach zamigotało światło pochodni — to powracał odźwierny.
Monte Christo wyszedł mu naprzeciw.
— Proszę za mną — rzekł odźwierny.
Nie musieli wychodzić na zewnątrz; podziemny korytarz prowadził prosto do drugiej celi.
Tu znowu hrabiego opadły myśli. Pierwszym, co spostrzegł, był zegar słoneczny na ścianie, za pomocą którego ksiądz Faria obliczał czas; zaraz potem jego wzrok padł na szczątki łóżka. Na ten widok ustąpił dręczący ból — serce hrabiego przepełniło się szczerą, serdeczną wdzięcznością. Z oczu spłynęły mu dwie łzy.
— Tutaj mieszkał ksiądz wariat — odezwał się odźwierny — a tędy wchodził do niego więzień trzydzieści cztery.
I pokazał hrabiemu otwór w ścianie, którego z tej strony nie zamurowano.
— Jeden uczony poznał po kolorze kamienia, że więźniowie spotykali się przez dziesięć lat. Biedacy, ależ musieli się nudzić!
Dantès wyjął z kieszeni kilka ludwików i wsunął je w rękę temu człowiekowi, który już po raz drugi, choć go nie znał, użalił się nad nim. Odźwierny przyjął, sądząc, że to drobne; ale przy blasku pochodni przekonał się, jaką sumę otrzymał w rzeczywistości.