Wydało mu się jednak, że co jakiś czas zatrzymywali się na chwilę po drodze, niczym wartownicy.
Po dziesięciu minutach marszu, podczas których Danglars nie zamienił ze swoim przewodnikiem ani słowa, znaleźli się przy niewielkim wzgórku, wśród wybujałych traw. Trzej mężczyźni stanęli wokół niego w milczeniu — stanowił środek trójkąta.
Chciał przemówić, lecz nie zdołał wydobyć z siebie głosu.
— Avanti — rozkazał ten sam stanowczy głos.
Tym razem Danglars zrozumiał natychmiast, słowo zostało bowiem poparte gestem: człowiek idący za nim popchnął go tak gwałtownie, że Danglars wpadł na przewodnika.
Przewodnikiem był nasz przyjaciel Peppino; pierwszy zanurzył się w wysokiej trawie i podążył ścieżyną tak wąską, że mogły ją znać chyba tylko jaszczurki i łasice. Zatrzymał się przed skałą, na której rósł gęsty krzak. Pod skałą był podłużny, wąski otwór; wyglądał jak półotwarta powieka. Młodzian zniknął w otworze, jak w naszych baśniach diabeł zapada się pod ziemię. Człowiek kroczący za Danglarsem zmusił go do pójścia w ślady przewodnika. Nie było wątpliwości: francuski bankrut miał do czynienia z rzymskimi bandytami. Czuł się tak, jakby wzięto go w dwa ognie; strach dodał mu odwagi.
Pomimo pokaźnego brzucha, baronowi udało się przecisnąć za Peppinem. Zsuwał się w dół z zamkniętymi oczyma. Otwarł je dopiero, gdy poczuł pod stopami grunt. Dalsza droga była szeroka, ale ciemna. Peppino nie troszczył się już o zachowanie ostrożności — był przecież u siebie; zapalił więc krzesiwem pochodnię.
Dwaj inni zeszli za Danglarsem, tworząc tylną straż. Popychając Danglarsa, jeśli zdarzyło mu się zatrzymać, zaprowadzili go lekko pochylonym w dół korytarzem do skrzyżowania korytarzy.
Widok był ponury. W murach z białego kamienia wydrążone były rzędy ciemnych nisz w kształcie trumien, niczym puste oczodoły trupich czaszek.
Wartownik zabrzęczał kółkami u rzemienia strzelby.