— Kto idzie? — zawołał.
— Przyjaciel! Przyjaciel! — odpowiedział Peppino. — Gdzie naczelnik?
— Tam — rzekł strażnik, wskazując za siebie. Była tam wielka sala wykuta w skale, z której przez wielkie półokrągłe otwory wpadało na korytarz światło.
— Niezła zdobycz, naczelniku, niezła zdobycz — krzyknął Peppino.
I biorąc Danglarsa za kołnierz, podprowadził go do otworu przypominającego drzwi, przez który wchodziło się do kwatery wodza.
— To ten? — spytał naczelnik, odrywając się od lektury Żywotu Aleksandra w księdze Plutarcha.
— Tak, ten, naczelniku.
— Wybornie, pokażcie mi go.
Na ten dość niegrzeczny rozkaz, Peppino zbliżył tak gwałtownie pochodnię do twarzy Danglarsa, że bankier odskoczył w popłochu, by nie opalić sobie brwi. Twarz miał wykrzywioną ohydnym strachem.
— Jest zmęczony — stwierdził herszt. — Zaprowadźcie go do łóżka.