— Nic prostszego. Masz pan kredyt otwarty u panów Thomsona i Frencha na via dei Banchi w Rzymie. Proszę mi dać bon na cztery tysiące dziewięćdziesiąt osiem ludwików, płatny u nich, a nasz bankier podejmie dla nas pieniądze.
Danglars chciał przynajmniej pokazać, że ma dobrą wolę; wziął pióro i papier, które podał mu Peppino, wypisał cedułę i podpisał.
— Proszę — rzekł — oto pański bon, na okaziciela.
— A oto pańskie kurczę
Danglars kroił kurczę, wzdychając: wydało mu się nader chude jak za taką słoną cenę. Peppino przeczytał uważnie dokument, włożył go do kieszeni i wrócił do swojego grochu.
115. Przebaczenie
Nazajutrz Danglars znowu poczuł głód. Powietrze w grocie ogromnie zaostrzało apetyt. Więzień miał jednak nadzieję, że tego dnia nie wyda nic: jako człowiek oszczędny, schował połowę kurczęcia i kawałek chleba w kącie celi.
Ale gdy zjadł, zaczęło mu dokuczać pragnienie. Tego pod uwagę nie wziął. Walczył z pragnieniem do chwili, gdy poczuł, że wyschnięty język przywarł mu do podniebienia. Nie mogąc już dłużej wytrzymać ognia, który go trawił, zawołał. Strażnik otworzył drzwi. Była to nowa twarz. Danglars pomyślał, że lepiej byłoby mieć do czynienia ze starym znajomym. Poprosił, by przyszedł Peppino.
— Jestem, ekscelencjo — rzekł bandyta, przybiegając w pośpiechu, co wydało się Danglarsowi dobrym znakiem. — Czego pan sobie życzy?
— Czegoś do picia.