— No więc dobrze, nędznicy — krzyknął Danglars — pokrzyżuję wam wasze niecne plany. Skoro i tak mam umrzeć, to równie dobrze mogę ze sobą skończyć od razu. Dręczcie mnie, torturujcie, zabijcie mnie, ale nie dostaniecie mojego podpisu!

— Jak pan sobie życzy, ekscelencjo — odparł Vampa i wyszedł z celi.

Danglars, wyjąc, rzucił się na koźle skóry. Kim byli ci ludzie? Kim był ów niewidzialny naczelnik? Jakie mieli względem niego zamiary? I dlaczego on jeden nie mógł złożyć okupu, skoro wszyscy inni mogli?

Ach, oczywiście, śmierć, szybka i nagła śmierć był to dobry sposób, by oszukać nieubłaganych wrogów, którzy jakby chcieli wywrzeć na nim niezrozumiałą zemstę.

Tak, ale umrzeć!...

Pierwszy to chyba raz w swojej długiej karierze Danglars myślał z upragnieniem o śmierci, choć zarazem lękał się jej straszliwie; ale nadeszła chwila, by spojrzeć w oczy nieubłaganemu widmu, które żyje w każdym stworzeniu i przy każdym uderzeniu serca mówi mu: umrzesz! Przypominał dzikie zwierzę, wpierw tylko rozjuszone obławą, które niebawem zaczyna gnać w coraz bardziej desperackiej ucieczce — dzięki czemu udaje mu się czasem wymknąć.

Danglars zastanowił się nad ucieczką. Ale mury były z litej skały, a jedynego wyjścia strzegł zaczytany mężczyzna, za którym przesuwały się zbrojne w strzelby cienie.

Wytrzymał dwa dni — po czym poprosił o jadło, ofiarując w zamian milion.

Podano mu wspaniałą wieczerzę i zabrano jego milion.

Od tej pory nieszczęsny więzień stopniowo popadał w szaleństwo. Tyle już wycierpiał, że nie chciał wystawiać się na dalsze cierpienie. I zgadzał się na wszystkie żądania.