Gdy hrabia wychodził, Danglars wciąż leżał twarzą do ziemi. Kiedy podniósł głowę, ujrzał już tylko niknący w korytarzu cień, któremu kłaniali się bandyci.

Wedle rozkazu hrabiego Vampa kazał podać Danglarsowi najlepsze wino i najdorodniejsze owoce, po czym wsadził go do karetki pocztowej i wysadził go gdzieś przy drodze. Gdy odjeżdżał, Danglars stał oparty o drzewo.

Stał tak do świtu, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje.

O brzasku dostrzegł, że niedaleko płynie strumień. Był spragniony, więc dowlókł się tam. Schylając się nad strumieniem spostrzegł, że jego włosy stały się białe.

116. Piąty października

Było koło szóstej wieczór. Lekko opalizujące światło, przeplatane gdzieniegdzie złotymi promieniami jesiennego słońca, obijało się w błękitnawej powierzchni morza.

Upał stopniowo słabł. W powietrzu czuć było łagodny powiew bryzy, niczym oddech natury budzącej się po palącej sjeście południa; powiew, który wraz z wonią drzew i ostrym zapachem jodu niesie orzeźwienie wybrzeżom Morza Śródziemnego.

Po powierzchni tego niezmiernego jeziora, które rozciąga się od Gibraltaru po Dardanele i od Tunisu do Wenecji, w oparach wczesnego wieczoru sunął lekko mały, elegancki jacht. Na dziobie stał wysoki, ogorzały mężczyzna. Szeroko rozwartymi oczyma patrzył na zbliżający się ku niemu ląd podobny do ciemnej masy, uformowanej w stożek i tkwiącej na powierzchni morza jak ogromny kapelusz na głowie Katalończyka.

— Czy to już Monte Christo? — zapytał podróżny, którego rozkazom, jak się zdawało, jacht był podporządkowany; w jego poważnym głosie przebijał głęboki smutek.

— Tak, ekscelencjo — odpowiedział kapitan. — Jesteśmy prawie na miejscu.