— Na miejscu — wyszeptał podróżny, a jego głos zabarwiła nieopisana melancholia.

A potem dodał:

— Tak, to będzie mój port.

I ponownie zatopił się w myślach, które znalazły wyraz w uśmiechu, smutniejszym od samych łez. Chwilę później na wyspie zabłysło światło i do jachtu dobiegł odgłos strzału.

— Ekscelencjo — rzekł kapitan — padł sygnał z lądu. Czy zechciałby ekscelencja odpowiedzieć?

— Jaki sygnał? — zapytał mężczyzna.

Kapitan wskazał ręką wyspę, na brzegu której wznosiła się samotna smużka dymu, w górnych partiach rozpływająca się już w powietrzu.

— A, tak — rzekł podróżny, jakby budząc się ze snu. — Dobrze.

Kapitan podał mu nabitą fuzję. Mężczyzna ujął ją w ręce, podniósł wolno i oddał strzał w powietrze. Dziesięć minut później zwijano żagle i zarzucano kotwicę o pięćset kroków od małego portu.

Na podróżnego czekała już mała szalupa z czterema wioślarzami i pilotem. Podróżny wsiadł do niej, lecz zamiast zająć miejsce na rufie, specjalnie dla niego wyściełane błękitnym kobiercem, stał, skrzyżowawszy ramiona. Wioślarze, podobni do ptaków, które rozpostarły skrzydła, by wiatr je osuszył, trwali w oczekiwaniu, uniósłszy wiosła.