— Ruszajmy! — rzekł podróżny.

I osiem wioseł równo opadło w wodę, nie wywołując najdrobniejszego nawet pluśnięcia. Szalupa ruszyła szybko naprzód, by po chwili znaleźć się już w małej zatoczce. Tu osiadła na piasku.

— Ekscelencjo — rzekł pilot — proszę wejść na barki dwóch z moich ludzi. Przeniosą pana na brzeg.

Mężczyzna machnął ręką. Wyskoczył z szalupy i zagłębił się po pas w wodzie.

— Ekscelencjo — zmartwił się pilot — czemuż pan to robi, zbeszta nas jaśnie pan.

Ów jednak szedł dalej za wioślarzami, którzy szukali najbezpieczniejszej drogi. Po jakichś trzydziestu krokach dotarli do brzegu. Mężczyzna otrząsnął się z wody i badał wzrokiem, którą drogą będą go prowadzić.

W chwili, gdy odwracał głowę, czyjaś dłoń spoczęła na jego ramieniu.

— Jak się masz, Maksymilianie — rzekł jakiś głos. — Dotrzymałeś słowa. Dziękuję.

— Ach! To ty, hrabio! — zawołał mężczyzna, ujmując w obie ręce dłoń Monte Christo. Gest ów mógł wskazywać na radość.

— Tak, to ja, akuratny jak ty. Ale, Maksymilianie, jesteś cały przemoczony. Musisz zmienić odzież. Chodź za mną. Apartament dla ciebie już czeka, tam wkrótce zapomnisz o trudzie i chłodzie.