Morrel odwrócił głowę. Monte Christo spostrzegł to i poczekał chwilę.
Morrel zaś ze zdziwieniem obserwował, jak ludzie, którzy go przywieźli na wyspę, odpływali bez słowa, nie żądając zapłaty. Słychać było tylko plusk wioseł ich łodzi kierujących się ku jachtowi.
— Szukasz swoich wioślarzy? — zapytał hrabia.
— Tak. Nic im nie dałem, a mimo to odpłynęli.
— Tym się nie przejmuj, Maksymilianie — rzekł z uśmiechem Monte Christo. — Mam umowę z żeglarzami, zgodnie z którą dostęp na moją wyspę jest zwolniony z wszelkich opłat. Jestem ich abonentem, jakby to się powiedziało w cywilizowanych krajach.
Morrel spojrzał na hrabiego ze zdziwieniem.
— Panie hrabio, jest pan zupełnie inny niż w Paryżu — tutaj się pan uśmiecha...
W tej jednak chwili czoło hrabiego się zasępiło.
— Dobrze, że przywołujesz mnie do porządku. Maksymilianie, zobaczyć cię ponownie, to dla mnie szczęście i zapomniałem przez chwilę, że każde szczęście jest tylko ulotne.
— O nie, proszę cię, hrabio! — zawołał Morrel, chwytając przyjaciela za ręce. — Proszę, śmiej się. Bądź szczęśliwy. Pokaż mi przez twoją obojętność, że życie tylko temu jest niemiłe, kto cierpi. Ale ty jesteś litościwy, dobry i wielki, przyjacielu, i tylko dlatego, że chcesz mi dodać siły, udajesz to szczęście przede mną.