— Mylisz się, Morrelu — rzekł Monte Christo. — Rzeczywiście byłem szczęśliwy.

— Więc zapominasz już o mnie? Tym lepiej.

— Jak to zapominam?

— Pamiętasz przecież, przyjacielu, powiem dziś tobie to, co mówią gladiatorzy wchodzący na arenę, zwracając się do boskiego cezara: „Idący na śmierć pozdrawiają cię”.

— Więc nic nie zdołało ukoić twojego bólu? — zapytał Monte Christo, spoglądając dziwnie na Morrela.

— Naprawdę wierzyłeś, że tak może się stać? — odpowiedział Morrel, patrząc na niego z gorzkim wyrzutem.

— Posłuchaj, Maksymilianie, mam nadzieję, że mnie dobrze rozumiesz. I że nie bierzesz mnie za prostaka, który rzuca puste słowa na wiatr. Gdy pytam, czy twój ból nie zaznał ukojenia, robię to dlatego, że jestem człowiekiem, dla którego serce ludzkie nie ma tajemnic. Dobrze, Maksymilianie, zbadajmy, co się kryje na dnie twojego serca. Popatrzmy, czy jest tam ciągle ten ból niecierpliwy, który sprawia, że twoje ciało miota się jak lew ukłuty przez komara? A co z owym palącym pragnieniem, nienasyconym aż po grób? Czy to rozpacz idealna, która każe człowiekowi szukać śmierci? Czy raczej tylko przybicie, zniechęcenie, znużenie, które dławi promyk nadziei, co mógłby jeszcze zabłysnąć? A może nieczułość, która wysuszyła ci łzy? Mój drogi, jeżeli jest właśnie tak, jeżeli zwyczajnie nie możesz już płakać, jeżeli sądzisz, że twoje serce jest martwe, gdy ono tylko odrętwiało, jeżeli cała twoja siła w Bogu, a wszystkie spojrzenia kierują się ku niebu, przyjacielu, darujmy sobie słowa zbyt ciasne, by wyrazić, to co czuje dusza. Maksymilianie, twój ból jest już ukojony i przestań o nim mówić.

— Hrabio — rzekł Morrel łagodnie, lecz stanowczo. — Teraz ty mnie posłuchaj, jak słucha się kogoś, kto bierze Boga na świadka swoich słów: jestem tutaj, ponieważ pragnę umrzeć w ramionach przyjaciela. Oczywiście, są osoby, które kocham: moja siostra Julia, jej mąż Emmanuel. Ale teraz potrzebuję silnego ramienia i uśmiechu. Julia wybuchnęłaby płaczem i straciła przytomność. Widziałbym tylko jej cierpienie, a mam już dość cierpienia. Emanuel próbowałby mi wyrwać broń z ręki i podniósłby krzyk w całym domu. Pan, panie hrabio, jest kimś więcej niż zwykłym człowiekiem. Nazwałbym pana bogiem, gdyby nie był pan śmiertelnikiem. Mam pana słowo i wiem, że poprowadzi mnie pan ku śmierci łagodnie, jak przyjaciel.

— Przyjacielu — rzekł hrabia — mam jeszcze tylko jedno pytanie. Czy przypadkiem nie jesteś zbyt słaby i czy zwyczajnie nie chełpisz się swoim bólem?

— Bynajmniej. Jestem człowiekiem prostym. Proszę zobaczyć — rzekł, podając rękę hrabiemu. — W tej chwili mój puls nie bije ani szybciej, ani słabiej. Wiem, że to koniec mojej drogi i dalej już nie pójdę. Panie hrabio, chcę już tylko spokojnie spocząć na łonie śmierci.