Morrel zamilkł. Jasne jego oczy zamgliły się na chwilę i nagle zajaśniały niezwykłym blaskiem. Wielka łza stoczyła mu się z rzęs, zostawiając srebrzysty ślad na policzku.
— Jak to? — odezwał się hrabia. — Żałujesz więc jeszcze czegoś na tej ziemi, a jednak chcesz umrzeć?
— O, błagam, hrabio — rzekł cicho Morrel. — Ani słowa więcej; nie przedłużaj mojej męczarni!
Hrabiemu wydało się, że Morrel zaczyna słabnąć. Myśl ta obudziła w nim znów straszliwe wątpliwości, które już raz, w zamku If, przezwyciężył.
„Pragnę zwrócić temu człowiekowi szczęście — pomyślał — patrzę na ten czyn jak na ciężar, który rzucam na szalę moich uczynków po stronie dobra, który ma okupić wyrządzone przeze mnie zło. A jeśli się mylę... Jeśli ten człowiek nie jest na tyle nieszczęśliwy, by zasłużyć na szczęście... Cóż stanie się ze mną, skoro jestem zdolny zapomnieć o złu, tylko jeśli zmażę je dobrem?”
— Posłuchaj, Maksymilianie — rzekł. — Twój ból jest ogromny, widzę to. Ale przecież wierzysz w Boga, nie chcesz chyba zgubić swojej duszy?
Morrel uśmiechnął się smutno.
— Hrabio — rzekł — nigdy nie tworzę poezji na zimno; przysięgam ci, że moja dusza nie należy już do mnie.
— Słuchaj, Maksymilianie — odezwał się znowu Monte Christo — nie mam na świecie żadnych krewnych, wiesz o tym. Przywykłem uważać cię za syna... a żeby uratować syna, poświęciłbym życie, a tym bardziej majątek.
— Co pan chce przez to powiedzieć?