— Chcę powiedzieć, Maksymilianie, że pragniesz rozstać się z życiem, bo nie znasz wszystkich jego radości, jakie umożliwia wielka fortuna. Maksymilianie, mam prawie sto milionów. Daję ci je. Z takim majątkiem dokonasz wszystkiego, co sobie zamierzysz. Czyż nie jesteś ambitny? Otworzy się przed tobą każda kariera. Możesz poruszyć z posad świat, zmienić jego oblicze, oddawać się szaleństwom, zbrodni, jeśli będziesz musiał, ale żyj.

— Hrabio, dałeś mi słowo — odparł zimno Morrel. — I — tu wyjął zegarek — jest już wpół do dwunastej.

— I ty chcesz to zrobić na moich oczach, w moim domu?

— A więc niech mi pan pozwoli odejść — odparł Maksymilian, nagle spochmurniały — albo uwierzę, że pańska przyjaźń do mnie jest samolubna.

— A więc dobrze — rzekł Monte Christo, a twarz rozjaśniła mu się po tych słowach. — Chcesz tego, jesteś nieugięty; tak, jesteś prawdziwie nieszczęśliwy i tylko cud, jak powiedziałeś, mógłby cię uleczyć. Siadaj i zaczekaj.

Morrel usłuchał. Monte Christo wstał i podszedł do zamkniętej szafy, otwarł ją kluczem, który nosił na złotym łańcuszku, i wyjął z niej srebrną szkatułkę, cudnie rzeźbioną i cyzelowaną. Na jej rogach widniały cztery smukłe figurki kobiece, podobne do rozpaczających kariatyd, istne anioły tęskniące do nieba.

Postawił szkatułkę na stole. Otwarł ją i wyjął złote puzdereczko z przykrywką podnoszącą się za naciśnięciem sprężyny. Puzdereczko zawierało gęstą substancję, o kolorze trudnym do opisania, bowiem odbijał się na niej blask polerowanego złota, szafirów, rubinów i szmaragdów, którymi inkrustowana była pokrywka. Aż się skrzyło od lazuru, purpury i złota.

Hrabia wziął na pozłacaną łyżeczkę odrobinę owej substancji i podał ją Morrelowi, patrząc na niego uważnie.

Teraz można było dostrzec, że substancja była zielona.

— Proszę — rzekł — masz, o co mnie prosiłeś i co ci obiecałem.