— Dziękuję ci z całego serca — rzekł młody człowiek, biorąc łyżeczkę.

Hrabia wziął drugą łyżeczkę i zaczerpnął ponownie w puzdereczku.

— Co czynisz, przyjacielu? — spytał Morrel, wstrzymując mu rękę.

— Do licha, niech mi Bóg przebaczy — uśmiechnął się hrabia — ale jestem tak samo znużony życiem, jak ty. A jeśli już nadarza się okazja...

— Nie rób tego! — zawołał młodzieniec. — Ty kochasz, jesteś kochany, masz wiarę i nadzieję. Nie rób tego, co ja — u ciebie byłoby to zbrodnią. Żegnaj, mój szlachetny, wielkoduszny przyjacielu, opowiem Valentine o wszystkim, coś dla mnie uczynił.

I ściskając hrabiemu dłoń, połknął tajemniczą substancję — bez chwili wahania, a nawet delektując się nią.

Zamilkli obaj. Ali, cichy i uważny, przyniósł tytoń, nargile, kawę i wyszedł.

Z wolna zaczynały przygasać lampy w rękach marmurowych posągów, a woń kadzideł wydała się Maksymilianowi mniej przenikliwa.

Monte Christo patrzył na niego, siedząc naprzeciw w cieniu; Morrel dostrzegał tylko blask jego oczu.

Nagle owładnął nim okropny ból; nargile wysunęło mu się z ręki; przedmioty traciły niepostrzeżenie kształty i barwę; zamglonym oczom wydało się, że w ścianie otwierają się drzwi i rozsuwają kotary.