Szła ku niemu z uśmiechem na ustach, złożywszy ręce.

— Valentine! Valentine! — krzyknął Morrel w głębi swej duszy.

Ale z jego ust nie wydostał się żaden dźwięk; i jakby wyczerpał w tym uniesieniu wszystkie swoje siły, westchnął i zamknął oczy.

Valentine rzuciła się ku niemu.

Usta Morrela drgnęły raz jeszcze.

— Woła panią — rzekł hrabia. — Woła panią, mimo że uśpiony jest głęboko. Tak, to ten, któremu powierzyłaś swój los i z którym śmierć chciała cię rozdzielić. Na szczęście byłem jednak na miejscu i mogłem pokonać śmierć. Valentine, nie powinniście już nigdy się rozstawać, ponieważ, by cię odnaleźć, gotowy był zstąpić do grobu. Gdyby nie ja, umarlibyście oboje. Zwracam jedno drugiemu. Oby Bóg zechciał mieć na uwadze te dwa istnienia, które ocaliłem.

Valentine chwyciła dłoń Monte Christo i w uniesieniu radości podniosła ją do ust.

— Proszę cię, pani, podziękuj mi dobrze i powtórz mi jeszcze raz, jeszcze wiele razy, że uczyniłem cię szczęśliwą. Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebuję tej pewności.

— Dziękuję panu z całej duszy — rzekła Valentine. — A jeśli wątpisz, hrabio, w szczerość moich podziękowań, zapytaj Hayde, moją najukochańszą siostrę. To ona dzięki temu, co mówiła o tobie, zdołała sprawić, że od wyjazdu z Francji czekałam cierpliwie i wytrwale na dzisiejszy dzień.

— To kochasz pani Hayde? — zapytał Monte Christo ze wzruszeniem, które na próżno starał się ukryć.