— Rzuciłbym się w morze i wpław dostał do jednej z wysp otaczających zamek If, do Daume albo Tibouleau, a nawet do lądu stałego i już byłbym ocalony.
— Ale zdołałbyś aż tam dopłynąć?
— Bóg dodałby mi siły; a teraz wszystko stracone.
— Wszystko?
— Tak jest, wszystko. Zatkaj jak najostrożniej otwór, zaprzestań pracy, nie rób nic i czekaj, aż dam ci znać.
— Przynajmniej powiedz mi kim jesteś... powiedz!
— Jestem... jestem... nr 27.
— Więc mi nie ufasz? — zapytał Dantès.
Wydało się Edmundowi, że przez sklepienie otworu przeniknęło echo pełnego goryczy śmiechu.
— Ach, jestem wierzącym chrześcijaninem — zawołał, przeczuwając instynktownie, że ten człowiek ma zamiar go opuścić. — Przysięgam ci na Chrystusa, że dałbym się prędzej zabić, niżbym pozwolił moim lub twoim katom poznać choćby cień prawdy; tylko, na Boga, nie pozbawiaj mnie swojej obecności, swojego głosu, bo inaczej przysięgam ci, jestem już u kresu sił, roztrzaskam sobie głowę o mur, a ty będziesz miał moją śmierć na sumieniu.