— Widzę.
— Otóż teraz wszystko jest dla mnie jaśniejsze od tego promienia, tak świetlistego i przejrzystego. Biedne dziecko, biedny młodzieńcze! I ten urzędnik był dobry dla ciebie?
— Tak.
— Ten szlachetny podprokurator spalił ów list?
— Tak.
— Ten uczciwy dostawca kata kazał ci przysiąc, że nie wymienisz nigdy nazwiska Noirtier?
— Tak.
— Biedny ślepcze — a czy ty wiesz, kim jest ten Noirtier? To jego własny ojciec!
Gdyby nagle piorun uderzył Dantèsowi u stóp i otworzył mu przepaść, w której głębi byłoby widać piekło, nie sprawiłby na nim wrażenia równie elektryzującego, równie miażdżącego jak te niespodziane słowa. Powstał i porwał się za głowę obiema rękami, jakby w obawie, że mu pęknie.
— Jego ojciec! Jego ojciec! — zawołał.