— Tak, ojcze — odpowiedział Dantès. — I za twoim pozwoleniem, kiedy cię już zobaczyłem i wiem, żeś zdrów i na niczym ci nie zbywa, chciałbym ją odwiedzić.
— Idź, moje dziecko, idź — rzekł stary Dantès — i niech twoja żona będzie dla ciebie takim błogosławieństwem Bożym, jak ty dla mnie!
— Żona! — rzekł Caderousse. — Ojczulku, ależ ci spieszno! Wydaje mi się przecie, że Mercedes nie jest jeszcze jego żoną!
— Nie, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa — odrzekł Edmund — wkrótce nią będzie.
— Mniejsza o to, w każdym razie dobrze robisz, że się spieszysz, mój chłopcze!
— A to czemu?
— Bo Mercedes jest ładną dziewczyną, a ładnym dziewczętom nietrudno o amantów, szczególnie jej! Włóczą się za nią tuzinami.
— Doprawdy? — zdziwił się Edmund i lekki niepokój przebił się przez jego uśmiech.
— O, tak — odpowiedział Caderousse. — I trafiały jej się nawet doskonałe partie; ale że ty wkrótce kapitan, nikt ci tak łatwo nie da kosza.
— Co znaczy, że gdybym nie był kapitanem... — rzekł Dantès z uśmiechem, który źle skrywał jego niepokój.