— Czy mamy wykonać tę ostatnią formalność w obecności pana komendanta? — zapytał dozorca.

— Oczywiście; tylko pospieszcie się, nie mogę przecież tu tkwić przez cały dzień.

Znowu dała się słyszeć krzątanina; w chwilę potem szelest rozkładanego płótna dobiegł uszu Edmunda; skrzypnęło łóżko; na posadzce rozległy się ciężkie kroki, jakby ktoś podnosił wielki ciężar; następnie łóżko znów skrzypnęło pod tym ciężarem.

— Zobaczymy się więc wieczorem — rzekł komendant.

— Czy będzie msza? — zapytał jeden z oficerów.

— Niemożliwe — rzekł komendant. — Kapelan poprosił mnie właśnie wczoraj o urlop na tydzień; chce się udać do Hyères. Zaręczyłem mu w imieniu wszystkich naszych więźniów, że nie będzie potrzebny — biedny ksiądz, niepotrzebnie się pospieszył, miałby swoje requiem.

— Ech, co tam! — odezwał się lekarz z bezbożnością właściwą dla ludzi tego stanu. — Staruszek był przecież duchownym, Bóg będzie miał wzgląd na niego i nie pozwoli, aby piekło cieszyło się złośliwie, że mu przysłano księdza.

Ogólny śmiech skwitował ten prymitywny żart.

Tymczasem trwało owijanie ciała w całun.

— Przyjdźcie wieczorem — rzekł na koniec komendant.