— Oto rozpalone węgle, a w nich żelazo.
Nastała znowu chwila ciszy; potem zaskwierczało przypiekane ciało i silny, mdląc odór przeniknął nawet przez mur, za którym Dantès nasłuchiwał z największym przerażeniem. Od tej woni zwęglonego ludzkiego ciała potem zrosiło się czoło młodzieńca, który bliski był już omdlenia.
— Widzisz pan, że nie ma żadnych wątpliwości — rzekł lekarz. — Przypalanie pięt jest decydujące. Biedny wariat, wyleczył się ze swojego szaleństwa i uwolnił z więzienia.
— Czy nie nosił czasem nazwiska Faria? — zapytał jeden z obecnych.
— Tak właśnie; według tego, co utrzymywał, miało to być bardzo stare nazwisko; zresztą był to człowiek bardzo uczony i rozumny pod każdym względem, poza jednym: gdy rozprawiał o swoich skarbach. W tej sprawie nie dawało się z nim dogadać.
— To jest choroba zwana monomanią — rzekł lekarz.
— Nie mieliście nigdy powodu, aby się na niego uskarżać? — zapytał komendant dozorcy, co zwykle przynosił księdzu żywność.
— Nigdy, panie komendancie — rzekł dozorca. — Przeciwnie; nieraz opowiadał mi bardzo ciekawe historie; a gdy razu jednego moja żona była chora, dał mi receptę na lekarstwo, które ją uleczyło.
— Ach! Proszę, proszę, nie wiedziałem, że miałem tutaj kolegę — zadrwił lekarz. — Spodziewam się, panie komendancie — dodał ze śmiechem — że raczysz z nim postąpić z należytymi względami.
— Naturalnie, bądź pan spokojny; wyprawimy mu przyzwoity pogrzeb, będzie miał najlepszy worek, jaki znajdziemy; wystarczy to panu?