W padających pytaniach i odpowiedziach wyczuć można było lekceważenie, które oburzyło Edmunda. Wydawało mu się, że cały świat powinien odczuwać choć część tej sympatii, jaką darzył biednego księdza.

— Nie cieszy mnie to bynajmniej — rzekł komendant w odpowiedzi na oświadczenie lekarza, że starzec rzeczywiście zmarł — to był bardzo łagodny więzień, bawił nas swoim bzikiem, a i łatwo go było strzec.

— O tak! — wtrącił dozorca. — Tego to można było wcale nie pilnować, proszę pana komendanta. On by tu przesiedział i pięćdziesiąt lat, a ręczę, że ani razu nie pomyślałby o ucieczce.

— A jednak myślę — odpowiedział komendant — że należałoby jednak upewnić się, czy więzień rzeczywiście umarł; nie wątpię o pańskiej wiedzy, doktorze, ale jestem tu za wszystko odpowiedzialny.

Znowu nastało absolutne milczenie; Dantès domyślił się, że lekarz zabrał się ponownie do badania trupa.

— Możesz pan być spokojny — rzekł wreszcie lekarz — on nie żyje, ręczę za to.

— Wiesz pan bardzo dobrze — nalegał komendant — że w podobnych wypadkach nie poprzestajemy tylko na obejrzeniu zwłok; pomimo oczywistych pozorów, niech pan będzie łaskaw dokonać dzieła do reszty, czego wymagają przepisy.

— A więc niech rozgrzeją do czerwoności żelazo — rzekł lekarz — chociaż to jest doprawdy zbyteczne.

Ten rozkaz przejął Dantèsa drżeniem.

Dały się słyszeć szybkie kroki, skrzypienie drzwi, ktoś chodził tam i z powrotem po celi, w chwilę później wszedł klucznik więzienny i oznajmił: