— Zrobiłeś już węzeł? — zapytał pierwszy.
— To byłaby głupota, po co mamy dźwigać dodatkowy ciężar — odparł drugi — zawiążę go na miejscu.
— Racja; to chodźmy.
„Po co ten węzeł?” — pomyślał Dantès.
Przeniesiono domniemanego trupa z łóżka na nosze. Edmund leżał sztywno, chcąc dobrze odgrywać swoją rolę nieboszczyka. Cały orszak, poprzedzany mężczyzną trzymającym latarnię, jął wchodzić na schody.
I nagle owionęło go świeże i ostre nocne powietrze. Dantès rozpoznał podmuchy mistrala. Rozkoszne, a razem dręczące było to nagle doznane wrażenie. Tragarze uszli jeszcze jakieś dwadzieścia kroków, zatrzymali się i postawili nosze na ziemi.
Jeden z dozorców oddalił się, jego kroki zastukały na kamieniach.
„Gdzież jestem?” — zapytał Edmund sam siebie.
— Wiesz co, on wcale nie jest lekki! — rzekł grabarz, który został, siadając na końcu noszy.
Pierwszą myślą Dantèsa było rzucić się teraz do ucieczki; na szczęście powstrzymał się jednak.