Uszli może z pięćdziesiąt kroków, zatrzymali się, aby otworzyć jakieś drzwi, i szli dalej; w miarę, jak się posuwali, szum fal rozbijających się o skałę, na której stał zamek, dochodził coraz wyraźniej uszu Dantèsa.
— Paskudna pogoda — powiedział jeden z grabarzy. — Niezbyt miło znaleźć się dziś w nocy na morzu.
— Masz rację, biedny ksiądz może zmoknąć — dodał drugi i obaj wybuchnęli śmiechem.
Dantès nie zrozumiał żartu, ale włosy stanęły mu dęba.
— No, przyszli wreszcie — rzekł pierwszy.
— Jeszcze trochę dalej — odparł drugi. — Wiesz przecież, że ostatni zawisł w połowie drogi, poszarpany o skały; komendant wyzywał nas potem od leni.
Podeszli jeszcze pięć lub sześć kroków w górę, po czym Dantès poczuł, że jeden bierze go za głowę, drugi za nogi i zaczynają huśtać.
— Raz! — zawołali zgodnie.
— Dwa!
— Trzy!