— Cierpliwości, chłopcze! — rzekł Danglars. — Myślę, że się trochę za szybko wyrywa.
— Diabli go wiedzą, zdaje się, że mu to przyrzekł pan Morrel.
— I pewnie jest bardzo radosny?
— Powiedz raczej: bezczelny. Wyobraź sobie, że mi ofiarował swoją pomoc, jakby był jakąś wielką figurą. I chciał mi pieniędzy pożyczyć, niczym bogaty bankier.
— Nie przyjąłeś, naturalnie.
— Ma się rozumieć, chociaż właściwie mogłem je przyjąć, zważywszy, że ja pierwszy dałem mu parę sztuk srebra, którymi zaczął obracać. Ale teraz imć pan Dantès nie będzie już nikogo potrzebował, zostanie kapitanem.
— Ba! — obruszył się Danglars. — Jeszcze nim nie jest.
— Słowo daję, lepiej by było, żeby nie został — rzekł Caderousse — bo potem to nie da się do niego nawet przystąpić.
— Jeśli tylko zechcemy — szepnął Danglars — zostanie tym, czym jest dzisiaj, a może nawet i to straci.
— Co ty opowiadasz?