— Uczepiłem się skał, o które nasz biedny kapitan roztrzaskał sobie głowę. Trzej inni moi towarzysze utonęli. Zdaje mi się, że tylko ja pozostałem przy życiu. Spostrzegłem wasz statek i z obawy, że będę musiał długo czekać na tej bezludnej, samotnej wyspie, chwyciłem belkę, co się ostała z naszego kutra, w nadziei, że uda mi się do was dostać. Dziękuję, ocaliliście mi życie — ciągnął Edmund. — Byłbym już na dnie, gdyby jeden z pańskich marynarzy nie chwycił mnie za włosy.
— A to ja — rzekł marynarz, na którego twarzy, otoczonej czarnymi faworytami, malowała się szczerość i otwartość. — Był już czas najwyższy, boś pan już tonął.
— Tak — odpowiedział Edmund, wyciągając ku niemu rękę. — Tak, przyjacielu, i dziękuję ci raz jeszcze z całego serca.
— Ale słowo daję — zawołał marynarz — że się wahałem przez chwilę; z taką brodą na sześć cali i włosami długości stopy wyglądałeś pan raczej na rozbójnika niż na uczciwego człowieka.
Edmund przypomniał sobie, że podczas całego pobytu na zamku If, rzeczywiście nie golono mu ani raz brody, ani nie strzyżono włosów.
— A tak — rzekł — kiedyś w wielkim niebezpieczeństwie uczyniłem ślub Najświętszej Pannie del Pie de la Grotta, że przez dziesięć lat nie będę ani strzygł włosów, ani golił brody. Dziś właśnie mija dziesięć lat od dnia, gdy złożyłem ten ślub, i o mało nie utopiłem się w rocznicę tej przysięgi.
— I co my teraz z panem zrobimy? — zastanawiał się dowódca.
— Niestety, to, co chcecie — odpowiedział Edmund. — Nasza feluka jest strzaskana, kapitan mój nie żyje. Jak widzicie, uniknąłem takiego samego losu, ale za to jestem zupełnie goły. Na szczęście jestem dobrym marynarzem, zostawcie mnie w pierwszym porcie, do którego przypłyniecie, zawsze znajdę sobie służbę na jakimś kupieckim statku.
— Dobrze znasz Morze Śródziemne?
— Pływam po nim od dzieciństwa.