— Biedak — szepnął Caderousse. — I proszę, ma tu ksiądz nowy dowód, że mam rację: dobry Bóg jest dobrotliwy tylko dla złych. Ach! — mówił dalej obrazowym, kwiecistym językiem mieszkańców południa. — Coraz się gorzej dzieje na tym świecie; gdyby tak z nieba dwa dni sypał się proch, a potem przez godzinę leciał ogień, byłby wreszcie spokój.

— Zdaje się, żeś pan kochał z całego serca tego chłopaka? — spytał ksiądz.

— Tak, lubiłem go bardzo, chociaż wyrzucam sobie do dziś, żem dawniej zazdrościł mu jego szczęścia. Ale niech mi ksiądz wierzy, klnę się na duszę, że nieraz płakałem nad jego nieszczęsnym losem.

Nastąpiła chwila milczenia, podczas której ksiądz ani na chwilę nie przestał obserwować wyrazu oblicza oberżysty.

— Znał ksiądz tego biednego chłopca? — zapytał wreszcie Caderousse.

— Dałem mu ostatnie namaszczenie — odrzekł ksiądz.

— Na co więc umarł? — zapytał Caderousse zdławionym głosem.

— A na cóż się umiera w więzieniu w trzydziestym roku życia, jeżeli nie z powodu samego więzienia?

Caderousse otarł pot, który spływał mu z czoła.

— Najdziwniejsze w tej sprawie jest to — mówił dalej ksiądz — że Edmund, umierając, przysięgał mi na krucyfiks, że nie wie, dlaczego go uwięziono.