— To prawda, to prawda! — zawołał Caderousse. — On nic nie wiedział, księże dobrodzieju, nie, biedaczysko nie kłamał.

— Właśnie dlatego polecił mi poznać przyczyny jego nieszczęścia, których sam nie zdołał wyświetlić i przywrócić cześć jego pamięci, jeżeli była splamiona.

Ksiądz wydawał się pożerać spojrzeniem spochmurniałą nagle twarz Caderousse’a.

— Pewien bogaty Anglik — mówił dalej — jego towarzysz niedoli, którego uwolniono za drugiej restauracji, posiadał diament o wielkiej wartości. Odzyskując wolność, podarował w podzięce Edmundowi, który opiekował się nim w chorobie jak rodzony brat, ten diament. Edmund nie użył go, aby przekupić dozorców, którzy mogliby przyjąć ten diament, a potem go zdradzić, lecz zachował na wypadek, gdyby wyszedł z więzienia; wtedy bowiem pieniądze, które by dostał za diament, zapewniłyby mu los.

— I był to, powiada ksiądz — zagadnął Caderousse, a oczy nagle mu zabłysły — diament o ogromnej wartości?

— Wszystko jest względne — odrzekł ksiądz. — Ogromnej wartości dla Edmunda; bo wyceniono go na pięćdziesiąt tysięcy franków.

— Pięćdziesiąt tysięcy franków! — wykrzyknął Caderousse. — To przecież musiał być tak duży jak orzech?

— No, niezupełnie — rzekł ksiądz — ale sam to pan osądzi najlepiej, mam go przy sobie.

Ksiądz wyjął z kieszeni małe pudełko z czarnego szagrynu, otworzył je i ukazał olśnionemu Caderousse’owi migoczący klejnot oprawny w pierścień niepospolitej roboty.

— I to jest warte pięćdziesiąt tysięcy franków? — zapytał chciwie Caderousse.