— Niestety tak — rzekł Caderousse, poruszony mocno sprzecznymi uczuciami, które się w nim miotały. — Niestety, biedak umarł.

— Dowiedziałem się o tym w Marsylii — odrzekł ksiądz, z trudem usiłując zachować obojętność — ale już tyle lat od tego czasu upłynęło, że nie udało mi się dowiedzieć żadnych szczegółów... A może pan wie coś o zgonie starego Dantèsa?

— A któżby to mógł lepiej wiedzieć ode mnie? Mieszkałem z nim prawie przez drzwi... Ach, mój Boże! Zaledwie rok po zniknięciu syna staruszek umarł.

— Na co?

— Według lekarzy umarł na... katar żołądka, jeżeli się nie mylę; ci, co bliżej go znali, utrzymywali, że umarł ze zgryzoty... ale ja, co byłem z nim niemal do ostatniej chwili, myślę, że...

Caderousse zamilkł.

— Że umarł?... — powtórzył z niepokojem ksiądz.

— No cóż! Że umarł z głodu!

— Z głodu! — zawołał ksiądz, porwawszy się na nogi. — Z głodu! Najlichsze stworzenia nie zdychają z głodu! Nawet psy włóczące się po ulicach trafią czasem na litościwą rękę, która im rzuci kawałek chleba! A człowiek, chrześcijanin umarł z głodu między innymi ludźmi, co również mienią się chrześcijanami? To niemożliwe! Nie, to niemożliwe!

— Co powiedziałem, to myślę.