— O, proszę księdza! Ani Mercedes Katalonka, ani pan Morrel nie opuszczali go na chwilę; ale biedny stary powziął głęboką nienawiść do Fernanda — mówił dalej z ironicznym uśmiechem — tego właśnie, którego Edmund miał za przyjaciela.

— Czyż nie był nim? — zapytał ksiądz.

— Kacprze, Kacprze — zawołała kobieta. — Zastanów się dobrze, nim coś powiesz.

Caderousse żachnął się niecierpliwie i nie odrzekłszy jej ani słowa, zwrócił się do księdza:

— Czy można być przyjacielem tego, którego żony pożąda się z całej siły? Edmund, złote serce, wszystkich tych ludzi uważał za przyjaciół... Biedny Edmund!... Zresztą może lepiej się stało, że nie wiedział o niczym; pewno ciężko by mu było im przebaczyć przed śmiercią... A, niech mówią, co chcą! Więcej się boję przekleństw umierających niż nienawiści żyjących — dodał Caderousse, a jego słowa były pełne surowej poezji.

— Głupiec! — oznajmiła Karkontka.

— Więc pan wiesz, co ten Fernand zrobił przeciw Edmundowi?

— Co zrobił? Pewnie, że wiem.

— Mów pan!

— Kacprze, robisz, co ci się podoba, jesteś panem swojej woli — wtrąciła kobieta — ale wierzaj mi, lepiej nic nie mów.