— Bądź spokojny, przyjacielu — rzekł ksiądz. — Jestem kapłanem i wszelkie ludzkie wyznania giną na zawsze w moim sercu. Przypomnij sobie, że mamy tylko jeden cel — wypełnić sprawiedliwie ostatnią wolę naszego przyjaciela. Mów pan więc, nie oszczędzając nikogo, ale i bez nienawiści; mów prawdę, samą prawdę, nic więcej. Nie znam i pewnie nigdy nie będę znać ludzi, o których masz mówić; zresztą jestem Włochem, nie Francuzem; służę Bogu, a nie ludziom i niebawem wracam do klasztoru, który opuściłem tylko po to, aby wypełnić ostatnie życzenie umierającego.
Ta stanowcza obietnica podniosła nieco na duchu Caderousse’a.
— No cóż, w takim razie — powiedział — chcę więc, a nawet uważam, że powinienem to zrobić, chcę wyprowadzić księdza z błędu co do tych mniemanych przyjaciół, których Edmund uważał za tak mu oddanych.
— Zacznijmy od jego ojca — poprosił ksiądz. — Edmund tyle mi mówił o nim, tak głęboko go kochał...
— O, to smutna opowieść — rzekł Caderousse, kiwając głową. — Zna ksiądz pewnie jej początek?
— Tak. Edmund opowiedział mi wszystko aż do chwili, gdy został aresztowany w jakiejś oberży pod Marsylią.
— U starego Pamfila, tak, mój Boże, tak! Stoi mi to jeszcze wszystko przed oczyma!
— I to się stało podobno w czasie przyjęcia zaręczynowego?
— Tak. Przyjęcie, co się tak wesoło zaczęło, miało smutny koniec. W pewnej chwili wszedł komisarz policji z żandarmami i Edmund został aresztowany.
— I tu się wszystko kończy, co wiem — przerwał ksiądz. — Zresztą Edmund nic więcej nie wiedział, bo nie zobaczył już żadnej z tych pięciu osób i nigdy o nich nie usłyszał.