Podszedł do drzwi oberży, zamknął je, a nawet dla większego bezpieczeństwa zasunął sztabę, która broniła ich nocą.

Ksiądz zaś wybrał sobie najdogodniejsze miejsce; usiadł w kącie, tak że sam znajdował się w cieniu, podczas gdy na twarz karczmarza, dla którego miejsce było naprzeciw, musiało padać światło. Z pochyloną głową, złożywszy, a raczej skrzyżowawszy ręce, przygotowywał się do słuchania z jak największą uwagą.

Caderousse przysunął zydel i usiadł naprzeciw.

— Pamiętaj, że cię do tego nie namawiałam! — odezwał się głos drżący Karkontki, jakby mogła poprzez podłogę widzieć, co się zaczyna.

— Dobrze, dobrze — rzekł Caderousse. — Nie mówmy już o tym, biorę wszystko na siebie.

I zaczął mówić.

27. Opowiadanie

— Przede wszystkim, proszę księdza, chciałbym prosić, aby ksiądz obiecał mi jedno.

— Co takiego? — zapytał ksiądz.

— Żeby, jeżeli kiedykolwiek zechce ksiądz uczynić jakiś użytek z tego, co zaraz opowiem, nie powiedział ksiądz nikomu, że te wiadomości pochodzą ode mnie; osoby, o których mam mówić, są tak bogate i potężne, że gdyby chciały mnie tknąć końcem palca, zgniotłyby mnie na proch.