— Tym większe, proszę księdza, że nie jest dziełem Boga; to ludzie, tylko ludzie do tego doprowadzili.

— No, to przejdźmy do tych ludzi — podchwycił ksiądz. — Lecz pamiętaj pan — dodał z niemal groźbą w głosie — żeś obiecał powiedzieć mi wszystko; dalej, co to za ludzie, przez których syn umarł z rozpaczy, a ojciec z głodu?

— To ludzie, którzy mu zazdrościli, dwóch ich było, proszę księdza, jeden kierował się miłością, drugi ambicją; to Fernand i Danglars.

— Jakże się ta zazdrość objawiła?

— Zadenuncjowali Edmunda, że jest agentem napoleońskim.

— Ale który z nich na niego doniósł? Który był prawdziwym winowajcą?

— Obaj. Jeden napisał donos, a drugi zaniósł go na pocztę.

— Gdzież napisali ten donos?

— W karczmie Pamfila, w przeddzień ślubu.

— To prawda, to prawda — szeptał ksiądz. — Faria! Faria! Jak ty dobrze znałeś ludzi i świat!