Nastała chwila milczenia, ksiądz wstał i przechadzał się w zamyśleniu; po chwili wrócił na miejsce i usiadł.
— Wspomniałeś mi pan kilka razy o panu Morrelu; co to za człowiek?
— Armator, właściciel statku „Faraon”, na którym służył Edmund.
— Jakąż to on grał rolę w całej tej smutnej sprawie? — spytał ksiądz.
— Rolę człowieka uczciwego, odważnego i szczerze przywiązanego. Dwadzieścia razy wstawiał się za Edmundem, gdy cesarz wrócił, niczego nie szczędził, pisał, prosił, groził; do tego stopnia, że za drugiej Restauracji mocno go prześladowano jako bonapartystę. Z dziesięć razy, jak to księdzu mówiłem, namawiał ojca Edmunda, żeby się przeniósł do niego, a w przeddzień jego śmierci zostawił na kominku sakiewkę z pieniędzmi, za które spłacono długi zmarłego i pokryto koszta pogrzebu; dzięki temu biedaczysko mógł przynajmniej umrzeć tak, jak żył, nie wyrządzając krzywdy nikomu. Mam jeszcze tę sakiewkę, duża, z czerwonego jedwabiu.
— Czy ten pan Morrel żyje jeszcze? — zapytał ksiądz.
— Żyje.
— To pewnie takiemu człowiekowi niebo pobłogosławiło, musi być bogaty... szczęśliwy?...
Caderousse uśmiechnął się gorzko.
— Aha, szczęśliwy tak jak ja.