— Jak to! Więc mu się nie wiedzie? — zawołał ksiądz.

— Zbliża się do nędzy, proszę księdza, a co więcej, grozi mu dyshonor.

— Jak to?

— Tak — odrzekł Caderousse — właśnie tak. Po dwudziestopięcioletnich trudach, uzyskawszy jedno z najpierwszych miejsc wśród marsylskich kupców, pan Morrel jest zrujnowany z kretesem. W ciągu dwóch lat zatonęło mu pięć statków, trzy razy zbankrutował; teraz cała jego nadzieja tkwi w tym samym „Faraonie”, którym dowodził biedny Edmund, a który ma właśnie wrócić z Indii z ładunkiem koszenili i indygo. Jeżeli i ten statek zawiedzie go jak inne, pan Morrel jest zgubiony.

— Ten nieszczęśliwy człowiek ma żonę, dzieci?

— Ma żonę, prawdziwie świętą kobietę — tak pogodnie znosi tę sytuację; jego córka miała wyjść za mąż z miłości, ale rodzina jej narzeczonego nie pozwala mu teraz ożenić się z dziewczyną ze zrujnowanej rodziny; ma na koniec syna, który jest porucznikiem. Ale to wszystko nie tylko nie łagodzi cierpień tego biedaka, wręcz przeciwnie, tym bardziej boleje on nad sytuacją. Gdyby był sam, odebrałby sobie życie i byłoby po wszystkim.

— To okropne! — szepnął ksiądz.

— I widzi ksiądz, tak to Bóg nagradza cnotę! A proszę bardzo — ja na przykład nie popełniłem nic złego, prócz tego, co już księdzu opowiedziałem, i to ja właśnie żyję w nędzy; będę patrzył na śmierć żony, dla której nic nie mogę zrobić, a potem umrę z głodu jak ojciec Edmunda; Fernand tymczasem i Danglars tarzają się w złocie.

— Jak to?

— Bo kanaliom powiodło się w życiu, podczas gdy ludziom uczciwym nie.