— Tak, jakieś pięć czy sześć miesięcy temu, w lutym chyba.
— Masz pan znakomitą pamięć, skoro sobie tak przypominasz daty.
— Pamiętam to dlatego, że śmierci księdza towarzyszył pewien szczególny wypadek.
— Można wiedzieć, jaki? — zapytał Anglik, a na flegmatycznym obliczu malowała mu się teraz taka ciekawość, że z pewnością zadziwiłaby bacznego obserwatora.
— Ależ oczywiście! Otóż cela księdza oddalona było o jakieś pięćdziesiąt stóp od lochu pewnego agenta napoleońskiego, który był wśród tych, którzy najczynniej przysłużyli się do powrotu Napoleona w 1815 roku; był to człowiek zdecydowany na wszystko i nadzwyczaj niebezpieczny.
— Doprawdy? — rzekł Anglik.
— O tak! Miałem okazję sam się z nim spotkać w roku 1816 lub 1817; do jego lochu można było zejść tylko z pikietą żołnierzy: uczynił na mnie ogromne wrażenie i nigdy nie zapomnę jego rysów.
Anglik uśmiechnął się niemal niedostrzegalnie.
— Powiadasz więc pan — powtórzył — że te dwa lochy...
— Oddalone były od siebie o pięćdziesiąt kroków, zdaje się jednak, że ten Edmund Dantès...